ARKADIUSZ WIŚNIEWSKI: „ZRZUCAM ZESPOŁOWY GORSET I POKAZUJĘ, JAK BRZMIĘ BEZ FILTRÓW”

Od ponad dwóch dekad jego muzyczny świat nierozerwalnie łączy się z Czerwonymi Gitarami. Tysiące koncertów, lata spędzone w trasie, komponowanie, pisanie i współtworzenie współczesnego oblicza jednego z najbardziej rozpoznawalnych zespołów w Polsce. Dziś Arkadiusz Wiśniewski nie odcina się od tej historii, ale otwiera obok niej zupełnie nową przestrzeń – własną.

Projekt 50/25 jest dla niego nie tyle jubileuszowym podsumowaniem, ile momentem, w którym po latach doświadczeń może wreszcie pozwolić sobie na pełną artystyczną swobodę. W rozmowie z BEE opowiada o dojrzewaniu do solowej drogi, radzie Zbigniewa Wodeckiego, która została z nim na lata, o życiu pod szyldem Czerwonych Gitar i potrzebie odnalezienia własnego brzmienia. Mówi także o drugim, mniej scenicznym wymiarze swojego życia – pracy terapeutycznej – i o tym, jak psychologia zmieniła jego sposób patrzenia na muzykę, emocje i drugiego człowieka.

Jesteś na scenie od ponad 25 lat. Gdy patrzysz dziś na siebie z początku tej drogi, widzisz jeszcze tego samego człowieka?

Arkadiusz Wiśniewski: W rdzeniu tak – wciąż mam w sobie tę samą dziecięcą fascynację dźwiękiem, ciekawość świata i miłość do gitary basowej. Zmieniła się jednak cała optyka. Tamten chłopak niósł w sobie mnóstwo niepewności, chciał za wszelką cenę udowadniać swoją wartość i gonił za tempem sceny. Dzisiejszy Arkadiusz jest znacznie spokojniejszy, bardziej osadzony w sobie, wolny od presji cudzych oczekiwań i świadomy każdego kroku, który stawia.

Od 2003 roku jesteś związany z Czerwonymi Gitarami. Jak zmieniało się przez te lata Twoje miejsce w zespole?

Arkadiusz Wiśniewski: Wchodziłem do zespołu w 2003 roku jako młody basista i wokalista, który musiał błyskawicznie wejść w potężne buty legendy i sprostać wymaganiom ogromnej machiny koncertowej. Z czasem ta rola naturalnie ewoluowała. Przestałem być tylko odtwórcą kanonu, a stałem się współtwórcą współczesnego oblicza grupy – zacząłem komponować, pisać teksty i współprodukować nagrania, czego dowodem stały się m.in. „Senny szept”, „Lecz tylko na chwilę”, czy „Czerwona gitara”. To piosenki z milionowymi odsłonami na Youtube, Spotify, ale też doskonale przyjmowane na koncertach Czerwonych Gitar, czy to w Polsce, czy zagranicą. Dziś to relacja oparta na wielu różnych doświadczeniach, historiach i ponad dwóch dekadach wspólnego życia w trasie etc…

Zagrałeś około 2500 koncertów. Czy po takiej liczbie występów scena może jeszcze czymś zaskoczyć?

Arkadiusz Wiśniewski: Technicznie i organizacyjnie widziałem już niemal wszystko – od kameralnych sal po wielotysięczne amfiteatry i hale w Polsce, Europie czy w Stanach Zjednoczonych. Ale scena to żywy organizm, którego istotą są ludzie. Publiczność za każdym razem przynosi inną energię, inne emocje i inne historie. Nigdy nie ma dwóch identycznych koncertów. To, co wciąż mnie zaskakuje i fascynuje, to nieprzewidywalna magia wymiany energii – moment, w którym jedna fraza potrafi zjednoczyć w ułamku sekundy całą salę.

Pamiętasz moment, w którym po raz pierwszy poczułeś, że muzyka przestała być tylko pasją, a stała się Twoim zawodem?

Arkadiusz Wiśniewski: To był proces, ale przełom nastąpił wtedy, gdy uświadomiłem sobie, że muzyka wymaga nie tylko natchnienia, ale żelaznej dyscypliny, rzemiosła i odpowiedzialności. Pasja jest iskrą, ale zawodowstwo zaczyna się w chwili, gdy musisz wejść na scenę i dać z siebie sto procent niezależnie od samopoczucia, zmęczenia podróżą czy prywatnych trosk. Kiedy kalendarz zapełnił się trasami, a studio stało się miejscem codziennej, wytężonej pracy nad formą dźwięku, wiedziałem, że to już droga na całe życie.

Czerwone Gitary to zespół z ogromną historią i bardzo mocną marką. Czy funkcjonowanie przez lata pod tak rozpoznawalnym szyldem pomagało, czy czasem utrudniało budowanie własnej artystycznej tożsamości?

Arkadiusz Wiśniewski: Działało to dwutorowo. Z jednej strony to niesamowity zaszczyt, szkoła najwyższej próby i duma, że mogłem dołożyć własną cegiełkę do tak monumentalnego rozdziału polskiej muzyki rozrywkowej. Z drugiej strony potężny szyld siłą rzeczy tworzy ramy stylistyczne. Kiedy reprezentujesz markę o tak sprecyzowanym brzmieniu, trudniej pokazać odbiorcom pełne spektrum własnych poszukiwań. Solowy projekt 50/25 jest właśnie tą przestrzenią, w której mogę w pełni zrzucić zespołowy gorset i pokazać, jak brzmi Arkadiusz Wiśniewski bez żadnych filtrów.

Projekt 50/25 nie oznacza rozstania z Czerwonymi Gitarami. Jak chcesz dziś łączyć działalność zespołową z własną twórczością?

Arkadiusz Wiśniewski: W pełnej symbiozie i równowadze. Z Czerwonymi Gitarami wciąż gramy, koncertujemy i mamy przed sobą kolejne plany koncertowe. Z kolei projekt 50/25 to moja autorska wypowiedź, intymny dialog ze słuchaczem i przestrzeń na rzeczy, które dojrzewały we mnie latami. Nie ma tu żadnego konfliktu interesów moim zdaniem; to dwa różne światy, które wzajemnie się dopełniają i napędzają moją kreatywność.

W swojej karierze współpracowałeś m.in. z Edytą Górniak i Zbigniewem Wodeckim. Czy któreś ze spotkań z innymi artystami szczególnie wpłynęło na sposób, w jaki sam myślisz o muzyce?

Arkadiusz Wiśniewski: Niezwykle ważną postacią był dla mnie Zbyszek Wodecki. Obserwowanie jego niesamowitego kunsztu muzycznego połączonego z absolutną, bezpretensjonalną skromnością i życzliwością wobec drugiego człowieka było dla mnie najcenniejszą lekcją. Zbyszek powiedział mi kiedyś za kulisami słowa, które nosiłem w sobie przez lata: „Arek, skoro grasz, komponujesz i piszesz – wydawaj swoje rzeczy, nie chowaj ich do szuflady”. Projekt 50/25 to w pewnym sensie spełnienie tej rady po latach zbierania życiowego doświadczenia.

W 2025 roku otrzymałeś Srebrny Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Jak przyjąłeś to wyróżnienie?

Arkadiusz Wiśniewski: Z ogromnym wzruszeniem i pokorą. Kiedy codziennie wsiadasz do busa, ćwiczysz na basie, piszesz piosenki czy stajesz przed mikrofonem, rzadko myślisz o nagrodach państwowych. Taki medal to jednak ważny moment zatrzymania poczucie, że te 25 lat ciężkiej pracy, tysiące kilometrów w trasie i autorski wkład w polską kulturę zostały zauważone i docenione na najwyższym szczeblu. To wspaniałe podsumowanie dotychczasowego etapu, ale też zobowiązanie do dalszej, rzetelnej pracy.

Równolegle z muzyką rozwijasz zupełnie inną ścieżkę zawodową – jesteś terapeutą uzależnień i muzykoterapeutą. Skąd pojawiło się zainteresowanie psychologią?

Arkadiusz Wiśniewski: Zawsze fascynował mnie człowiek w swojej prawdzie – nie ten w blasku fleszy, ale ten za kulisami, zmagający się z własnym cieniem, lękiem i poszukiwaniem sensu. W pewnym momencie poczułem, że sama intuicja artystyczna to za mało, że chcę profesjonalnie rozumieć mechanizmy ludzkiej psychiki i realnie pomagać. Ukończyłem studia podyplomowe z psychologii klinicznej, zdobyłem certyfikaty i podjąłem pracę m.in. w Mazowieckim Centrum Neuropsychiatrii, pracując z dziećmi i młodzieżą w kryzysach. To była jedna z najważniejszych i najbardziej dojrzałych decyzji w moim życiu.

Czy wiedza i doświadczenie terapeutyczne zmieniły sposób, w jaki patrzysz na emocje obecne w muzyce?

Arkadiusz Wiśniewski: Zdecydowanie. Przestałem traktować emocje w piosenkach powierzchownie, wyłącznie jako zabieg aranżacyjny czy zgrabny rym. Zrozumiałem, jak potężnym nośnikiem prawdy jest dźwięk. Kiedy piszę muzykę albo pracuję nad produkcją, widzę w utworze przestrzeń do spotkania, bezpieczną przystań. Wiem, jak ważna jest autentyczność – ludzie natychmiast wyczuwają fałsz, zarówno w gabinecie terapeutycznym, jak i w piosence płynącej z głośnika.

A czy działa to również w drugą stronę – czy ponad 25 lat spędzonych na scenie pomaga Ci w pracy z ludźmi?

Arkadiusz Wiśniewski: Bardzo pomaga. Scena uczy błyskawicznej, pozawerbalnej empatii, wyczuwania nastrojów, słuchania pauz i szacunku do przestrzeni drugiego człowieka. W gabinecie, podobnie jak na estradzie, nie da się niczego zagrać na siłę. Ponad 25 lat pracy z dźwiękiem dało mi też narzędzia muzykoterapeutyczne – muzyka potrafi dotrzeć do miejsc w psychice, które słowa często blokują lub pomijają.

Twórczość często wymaga odsłaniania własnych emocji, podczas gdy praca terapeuty uczy również uważności na granice. Czy dziś inaczej niż kiedyś decydujesz o tym, ile siebie chcesz pokazywać w piosenkach?

Arkadiusz Wiśniewski: Dziś robię to w sposób o wiele bardziej świadomy. Nie chodzi o to, by obnażać się bezbrzeżnie dla taniej sensacji, ale o to, by dzielić się tym, co przepracowane, dojrzałe i uniwersalne. „Nocny spacer” opowiada o samotności i bezsenności, ale nie jest to krzyk bezradności, lecz wyciągnięcie ręki do drugiego człowieka, który może przeżywać to samo. Dojrzałość polega na tym, że potrafię być w muzyce bezbronny i prawdziwy, zachowując jednocześnie wewnętrzną integralność i zdrowy szacunek do własnych granic.

Co po tylu latach daje Ci większą satysfakcję: sam proces tworzenia, studio czy moment spotkania z publicznością?

Arkadiusz Wiśniewski: Wszystkie te etapy są fascynujące, ale dla mnie najpiękniejszy jest moment kreacji – ta chwila w studiu nagraniowym, kiedy z ciszy rodzi się harmonia, linia basu zaczyna współgrać z wokalem i czujesz pod skórą, że powstało coś żywego. Spotkanie na żywo z publicznością jest ukoronowaniem tego procesu, ale to w zaciszu studia dzieje się najczystsza intymność twórcza.

Masz pięćdziesiąt lat i zaczynasz właśnie nowy, solowy etap. Czy dziś łatwiej jest zaczynać od nowa, bo wiesz już, kim jesteś, czy właśnie trudniej, bo więcej masz do stracenia?

Arkadiusz Wiśniewski: O wiele łatwiej, bo kompletnie niczego nie muszę tracić. Gdy wchodzisz na scenę jako młody człowiek, boisz się pomyłki, oceniania, odrzucenia. Dziś mam za sobą 25 lat rzetelnego dorobku, ukształtowane życie i wielki spokój. Wiem, kim jestem jako artysta i jako człowiek. Projekt 50/25 nie jest desperacką próbą gonitwy za rynkiem, ale prezentem, jaki sam sobie sprawiłem na ten jubileusz. Zaczynam od nowa z lekkością i czystą radością tworzenia.

Gdybyś miał dziś przedstawić Arkadiusza Wiśniewskiego komuś, kto zna Cię wyłącznie jako muzyka Czerwonych Gitar – co chciałbyś, żeby o Tobie wiedział?

Arkadiusz Wiśniewski: Chciałbym, żeby wiedział, że jestem człowiekiem, który potrafi uważnie słuchać – zarówno dźwięków, jak i ludzkich historii. Że poza sceną i gitarą basową istnieje świat gabinetu, głębokich rozmów i wspierania innych w kryzysach. I że w projekcie 50/25 te dwa światy wreszcie spotkały się w jednym miejscu, tworząc spójną opowieść faceta, który po prostu kocha ludzi i muzykę.

Leave a comment